W ciągu roku zniknęło 6 tysięcy mieszkań z rynku najmu krótkoterminowego

fot. pixabay.com

Kraków to miasto, w którym przez epidemię właściciele mieszkań wynajmowanych na doby mocno dostali po kieszeni. Problemy były już jednak wcześniej i dotyczyły nie tylko Krakowa, ale też innych dużych miast, gdzie zaangażowana konkurencja dawała się we znaki.

Jeszcze wiosną wiele mówiło się o tym, że rynek mieszkaniowy załamie się przez epidemię. Dziś sprawa rozwija się zgoła odwrotnie. Jednym z powodów tego niedoszłego załamania miała być masowa sprzedaż lub wynajem po obniżonych cenach mieszkań przeznaczonych dotychczas na wynajem krótkoterminowy. Chodzi o lokale, w których zamieszkać można na jedną noc, a które miały być alternatywą dla hoteli.

– Już kilka miesięcy temu sugerowaliśmy, że jest to mało prawdopodobny scenariusz. Powód? W szczytowym momencie mieszkań wynajmowanych na doby było w skali całego kraju około 40 tysięcy. W samych miastach wojewódzkich takich nieruchomości było ponad 30 tysięcy, przy czym większość w Warszawie, Krakowie i Gdańsku – komunikuje Bartosz Turek, główny analityk HRE Investments.

Dla porównania, wszystkich mieszkań wynajmowanych w sposób tradycyjny jest w Polsce od 1,2 do 1,5 mln. Mieszkania wynajmowane na doby stanowią więc tylko drobny ułamek tych wynajmowanych na rok. Efekt przypływu ofert z rynku krótkoterminowego na tradycyjny nie powinien więc być spektakularny.

– Podobnie powinno być z cenami na rynku sprzedaży nieruchomości. Dlatego, że nawet na największych rynkach – w 7 miastach (Warszawa, Wrocław, Kraków, Poznań, Gdańsk, Gdynia, Łódź) – na początku roku wynajmowanych na doby było 25 tys. nieruchomości. Dla porównania, w ciągu 2019 roku na tych rynkach sprzedało się ponad 4 razy więcej mieszkań – wyjaśnia ekspert.

Niewidzialna ręka wolnego rynku

–  Od razu widać, że nadzieje na to, że mieszkania odpływające z rynku najmu krótkoterminowego "przewrócą" cały rynek mieszkaniowy, musiały okazać się płonne. Nie tylko skala wynajmu na doby nie jest aż tak duża, to do tego oczywiste jest, że nie mogło dojść tu do masowego wynajmowania tych mieszkań w sposób tradycyjny lub sprzedaży wszystkich na raz – mówi analityk Bartosz Turek.

Dane sugerują, że na rynku wynajmu krótkoterminowego słaba koniunktura zaczęła się wcześniej. Chodzi o to, że już po trzecim kwartale 2019 roku mieliśmy do czynienia ze spadającą liczbą dostępnych ofert wynajmu na doby. Wtedy w miastach wojewódzkich było ich trochę ponad 31 tysięcy. Potem ta liczba spadała i na początku 2020 roku wyniosła 27 tysięcy.

Za jeden z głównych powodów podawano wówczas bardzo dużą konkurencję, która skutkowała tym, że sporą część rynku turystycznego przejęły najsprawniejsze firmy zajmujące się wynajmem na doby. W efekcie dla pojedynczych właścicieli nie zostawało za wiele, a nadzieje na znacznie wyższe zyski niż w tradycyjnym najmie długoterminowym, zderzały się z brutalną rzeczywistością.

Dla porównania, w czasie pandemii liczba ofert spadała mniej dynamicznie, bo tylko o dwa tysiące jednostek – wynika z danych AIRDNA dla miast wojewódzkich. W trzecim kwartale 2020 roku było ich 25,1 tysięcy. To mniej więcej tyle, co pod koniec 2018 roku i na początku 2019 roku.

comments powered by Disqus